PRL, ciepłe wspomnienie czy zimna groza gospodarki centralnie planowanej? Jedno jest pewne – tej epoki nie da się zrozumieć bez poznania postaci, które ją tworzyły. Wśród nich jest bohater dzisiejszego tekstu – Zygmunt Gierek. Młodsi mogą kojarzyć go głównie z dowcipów o kartkach, starsi – z czasów, gdy w sklepach pojawiły się banany, a na osiedlowych balkonach zaczęły królować meblościanki z kredytem zaciągniętym w państwowym banku. A wszystko to za panowania pewnego śląskiego górnika w garniturze…

Od górniczego węgla do politycznego złota

Zygmunt Gierek urodził się w 1913 roku w Porąbce – śląskim przysiółku, który wtedy nie zapowiadał, że wychowa jednego z najważniejszych polityków PRL. W młodości emigrował do Francji i Belgii, gdzie w związkach zawodowych hartował swój robotniczy charakter. Takie korzenie działały jak magiczne zaklęcie – otwierały drzwi partii, a dla Gierka drzwi te prowadziły prosto na szczyt.

Po II wojnie światowej Zygmunt szybko się wspinał po szczeblach partyjnej kariery, głównie dzięki swojemu image’owi „swojego chłopa” i umiejętności łączenia modernizacji z lojalnością wobec Moskwy. Miał wizję: Polska miała produkować, budować i korzystać z dobrodziejstw postępu – oczywiście w wersji socjalistycznej. Gdy Edward Gerek (tak, to był skrót) objął stanowisko I sekretarza KC PZPR w 1970 roku, państwowe media dęły w tuby: „Mamy młodszego, bardziej dynamicznego przywódcę!” O energii i dynamice Gierka przekonali się wszyscy – zwłaszcza, gdy wziął kredyty, które miały postawić Polskę na nogi.

„Pomożecie?” – czyli PRL w wersji disco

Symboliczne „Pomożecie? – Pomożemy!” wypowiedziane przez Gierka podczas jednego ze spotkań z robotnikami, przeszło do historii jak przebój disco-polo lat 90. Brzmiało przyjaźnie, motywująco, ale jak się później okazało – było również melodią, do której tańczyła Polska przez następną dekadę… i spłacała przez dwie kolejne.

Pod rządami Gierka rozpoczęto masowe inwestycje: nowe kombinaty, drogi, huty, bloki z wielkiej płyty. Telewizory kolorowe trafiły do domów jak gość niespodzianka z Zachodu, a samochody marki Fiat 126p stały się obiektem westchnień i dowodem statusu. Nie bez znaczenia były też kredyty zagraniczne – miliardy dolarów, które pompowały krajową gospodarkę niczym karmę do gołębi na Placu Wolności.

Jednak za blichtrem modernizacji krył się drobny szczegół: Polska zadłużyła się po uszy. Gdy Zachód zaczął stukać w drzwi z wezwaniami do spłaty, entuzjazm stopniowo gasł. Gierkowi coraz trudniej było przekonać naród, że idzie ku lepszemu, gdy w sklepach znów brakowało wszystkiego poza octem.

Koniec epoki i nieco nostalgii

W 1980 roku przyszedł czas na „Dziękujemy, do widzenia”. Fala strajków i narodziny Solidarności zakończyły rządy Gierka, a na pierwszym planie politycznej sceny pojawili się nowi aktorzy. Zygmunt Gierek stał się symbolem minionej epoki, a jego reformy – przestrogą lub… powodem sentymentalnych wspominek.

W latach 80. i 90. był marginalizowany, ale nie zapomniany. Wielu Polaków z rozrzewnieniem wspominało czasy „Gierkowskiego dobrobytu” – pełne planów pięcioletnich, technologii z NRD i oranżady w proszku. Z czasem zaczął obrastać w legendę, niczym Pałac Kultury – kontrowersyjny, ale wpisany na stałe w pejzaż.

Dla tych, którzy chcą poznać jego sylwetkę jeszcze głębiej, wystarczy kliknąć tutaj: Zygmunt Gierek.

Dzisiaj, oceniając jego dokonania, jedni powiedzą: „zaciągał długi, byśmy żyli na pokaz!” Inni – „choć coś próbował zbudować, w przeciwieństwie do późniejszych tylko dzielił.” Jedno jest pewne – jeśli PRL miała swoją gwiazdę pop-polityki, to był nią właśnie Gierek z mikrofonem w ręku i hasłem na ustach.

Jak na ironię, ten sceniczny I sekretarz z sercem na Śląsku i kredytem we Frankfurcie, stał się ikoną czasów, które choć pełne absurdów, to budzą dziś uśmiech i lekką nutkę nostalgii. Bo przecież nic tak nie mówi „PRL” jak meblościanka, maluch i Zygmunt Gierek z wykresami rozwoju socjalistycznej ojczyzny w teczce.